Skip to content

Tomasz Konieczny. Nasz człowiek w Operze Wiedeńskiej.

Opublikowano w Kultura

Na operowych deskach jest niezwykły. Silny głos, męska sylwetka, zdecydowany i zadziorny. Gdy wchodzi na scenę publiczność natychmiast ożywia się słuchając z zapartym tchem i wielkimi emocjami. W jego roli widać aktorski warsztat. W finale owacje nie ustają. Kto by pomyślał, że ten gwiazdor to Polak. Jesteśmy umówieni w jednej z uroczych, wiedeńskich kawiarenek. Zmierzając do celu, jeszcze na pasach nieopodal, widzę postawnego, acz wyluzowanego mężczyznę z plecakiem na ramieniu i czapką zaciągniętą na uszy. Nuci pod nosem jakieś nieokreślone dźwięki. W tej sylwetce rozpoznaję mojego bohatera. Skromny, niepozorny, wydaje się być taki zwyczajny, jednak gdy tylko wypowiada pierwsze słowa natychmiast wracają emocje z Opery i znów widzę w nim wielkiego artystę światowych scen operowych Tomasza Koniecznego. Ah, ten głos.

Jeszcze będąc w łódzkiej Szkole Filmowej debiutował Pan u Wajdy, potem zagrał u Jandy. Świetny początek jak na młodego aktora. Myśli Pan, że to szczęście?

Tak naprawdę to koniecznie chciałem być reżyserem, ale byłem za młody na ten kierunek i stanęło na aktorstwie. To były wyjątkowo ciekawe czasy i ciekawy rocznik. Nie tylko ja szybko zaistniałem, również Edyta Olszówka i Radek Pazura, z którymi byłem na roku. Moja propozycja nie była największym hitem. Radek zagrał wtedy w „Szwadronie” Juliusza Machulskiego. Co do mojego debiutu, to jestem szczęśliwy, że miałem okazję pracować z Panem Wajdą. To był wspaniały człowiek, zresztą korespondowaliśmy ze sobą jeszcze kilka lat. Pan Andrzej napisał mi list polecający, dzięki któremu dostałem stypendium na studiach wokalnych w Niemczech.
Jeśli chodzi natomiast o Panią Jandę to zagrałem rolę Tristana, u boku Dominiki Ostałowskiej. Dla mnie, jako młodego wówczas aktora, to było niezwykle nobilitujące. Dwa lata temu spotkaliśmy się ponownie, wystawialiśmy wówczas „Straszny Dwór” Moniuszki w łódzkiej operze. Krystyna Janda reżyserowała, ja śpiewałem partię Zbigniewa. Mamy z Panią Jandą duży sentyment do siebie.

Początki były tak świetnie, że nawet gdyby Pan został w Polsce, to pewnie kariera potoczyłaby się imponująco.

Pewnie wtedy zostałbym przy aktorstwie. Nie sądzę jednak, abym był w stanie zaistnieć na scenie międzynarodowej, jak stało się to w przypadku opery. Mimo, że opera jest bardziej elitarnym rodzajem sztuki, dla niewielkiej grupy odbiorców. Nie sądzę, abym jako aktor mógł doprowadzić moja karierę do takiego poziomu w jakim jest teraz. Bardzo się cieszę, że właśnie tak wybrałem, że tak potoczyły się moje zawodowe losy.

Á propos kariery. Śpiewa Pan na scenach całego świata, pisze o Panu międzynarodowa prasa, pokazują Pana w światowych telewizjach. Kariera na miarę hollywoodzkiej gwiazdy. Dech zapiera. Czy Pan się spodziewał, że zwykłe lekcje śpiewu, na które przecież poszedł Pan tylko po to, by dostać się do szkoły filmowej, mogą mieć aż taki wpływ na Pana życie?

Zupełnie nie. Gdy mój nauczyciel śpiewu prof. Edward Kamiński, powiedział: „Rozumiem, że interesuje Cię teatr dramatyczny, ale uwierz mi, będziesz na życie zarabiał śpiewaniem opery”, to go wyśmiałem. Opera mnie odstręczała. Będąc młodym człowiekiem wychodziłem z przedstawienia w pąsach. To było dla mnie groteskowe, koturnowe, zupełnie niewysmakowane estetycznie. No ale, taką operę znałem z Polski. Gdy wyjechałem za zachód szybko okazało się, że to jest błędne wyobrażenie. Będąc już w Niemczech, w Dreźnie, rozkochałem się w operze. Dostrzegłem też, że możliwości jakie mam, występując na scenie operowej, są dużo większe niż te, które posiadam jako aktor.
Nie jestem natomiast jedyny, jest nas kilkoro o takich międzynarodowych karierach. Wspaniali Aleksandra Kurzak, Mariusz Kwiecień, Piotr Beczała. Z tym, że ja jestem nietypowy, gdyż moim profilem jest muzyka niemiecka, a to niespotykane jak na Polaka.

Co to za historia ze sprzedanym „Maluchem”, by kupić odtwarzacz płyt?

Zawsze byłem konsekwentny w tym co robiłem. Skoro zacząłem pobierać lekcje śpiewu operowego, to uznałem, że muszę mieć na czym słuchać muzyki. Ojciec podarował mi swojego starego „Malucha”, ja go sprzedałem i za te pieniądze kupiłem odtwarzacz płyt CD Technics i dobre słuchawki. Tylko na to wystarczyło. Już wtedy próbowałem słuchać Wagnera, ale to było nie do przejścia. Trudne, nudne i jeszcze po niemiecku, a wtedy zupełnie nie rozumiałem tego języka. Byłem kompletnie zielony. Do dziś zresztą rzadko słucham nagrań, bo są niewspółmierne z rzeczywistością, którą przeżywamy na scenie. Gdy potrzebuję coś usłyszeć, to idę do opery.

Myśli Pan, że do opery trzeba dojrzeć?

Myślę, że nie. To raczej kwestia trafienia na dobre wykonanie. Wybierając się do opery po raz pierwszy, zachęcam by pójść do dobrego teatru operowego, nie gdzieś w małym mieście. Słuchając opery na najwyższym poziomie łatwiej można się zorientować czym ona jest, a co najważniejsze, nie zniechęcić się. Zdecydowanie polecam operę w Wiedniu. Mimo, że inscenizacje nie należą do najbardziej awangardowych, to przykłada się tu ogromną wagę do walorów muzycznych. Polecam Royal Opera House w Covent Garden w Londynie, Metropolitan Opera w Nowym Jorku, również Mediolan, Monachium i Berlin. W Polsce można trafić na dobre wykonanie w Warszawie i w Poznaniu. Warto wcześniej poczytać w prasie recenzje. Dowiedzieć się, które przedstawienie jest na wysokim poziomie, bo idąc na Traviatę, mimo że jest hitem, też można się zrazić słysząc kiepskie wykonanie. Polecam najlepsze teatry, takie, do których można iść w ciemno.

Koledzy ze studiów zazdroszczą Panu kariery?

Niewielki mam z nimi kontakt i nie zabiegam o to. Zresztą niewielu pracuje w swoim zawodzie. Wie Pani, ja byłem zawsze ideowym człowiekiem. Od pierwszego roku uczono nas, że trzeba pracować w grupie, tworzyć zespół, uczono etyki zawodu. Na pierwszym i drugim roku udało nam się wiele razem stworzyć, byliśmy bardzo aktywni artystycznie. Realizowaliśmy musicale, wieczory teatralne. Gdy niektórzy z nas dostali dobre propozycje, jak ja czy Radek Pazura, to pojawiała się ogromna zazdrość, która kompletnie nas rozłożyła. Na ostatnim roku nie było już czego zbierać. Nie mam zatem dobrych wspomnień. To była dla mnie ważna lekcja życiowa, szybka terapia uzdrawiająca mnie z naiwnej ideowości. Dopiero wtedy, zorientowałem się, że trzeba walczyć o swoją karierę, o siebie.

A jaka atmosfera panuje w środowisku operowym? Zdarzają się intrygi, plotki?

Pewnie jak wszędzie, ale to niegroźne. Nie bardzo rozpoznaję w moim obszarze jakieś poważne zdarzenia tego rodzaju. Poza tym wykonuję nietypowy repertuar, nie ma nas wielu. To już jest jakaś elita. Na tym poziomie, na którym pracujemy w Wiedniu czy w innych większych teatrach, to przede wszystkim jesteśmy bardzo profesjonalni. W naszym zawodzie chodzi głównie o jakość. Mimo wyobrażeń i stereotypów, niewielu jest kolegów, którzy zachowują się jak primadonny. Muszę Pani powiedzieć, że im wyżej stojąca osobowość operowa, im ważniejsza i bardziej znana gwiazda, tym bardziej normalna i pokorna.

Występował Pan na wielu scenach operowych świata. Która z nich była największym ambicjonalnym wyzwaniem?

Na świecie jest kilka scen, na których śpiewak operowy chciałby wystąpić. Najważniejszą w moim życiu jest scena wiedeńska, na której pracuję już od kilku lat. Uważam zresztą, że to jest najlepszy teatr operowy na świecie. Każdemu śpiewakowi zależy na tym, by wystąpić w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Mój debiut na tej scenie zaplanowany jest na wiosnę 2019 roku. W maju i czerwcu tego roku wystąpię w La Scali w Mediolanie. Ważnym miejscem jest Opera Margrabiów w Bayreuth, będę tam debiutował w 2018 roku. Chciałbym również wystąpić w Covent Garden, ale tego póki co, nie mam w planach.

Nie jest Pan już trochę zmęczony tym podróżowaniem? W domu w Düsseldorfie bywa Pan bardzo rzadko.

Przez całe moje zawodowe życie byłam związany z jakimś teatrem na stałe. Dopiero od ponad dwóch lat jestem wolnym strzelcem, występuję więc na różnych scenach. Życie na walizkach to konsekwencja międzynarodowej kariery. Lubię podróżować, latać samolotem, poznawać nowe miejsca, smaki, lubię zwiedzać, jestem ciekawy miast, miejsc. Pod tym względem taki tryb mi odpowiada. Niestety płaci za to cenę rodzina, bo w domu bywam dosłownie w międzyczasie.

Jak sobie z tym radzą żona i dzieci?

Żona dosyć dobrze to znosi. Najstarszy syn jest na studiach i chodzi własnymi ścieżkami. Dwóch młodszych jest w szkole z internatem i to też jest konsekwencja mojego trybu życia. Ojca nie ma w domu, a matka wreszcie chce być aktywna zawodowo, gdy dzieci były małe nie mogła. Teraz, gdy podrosły chce nadrobić czas w pracy aktorskiej.

Synowie śpiewają?

Nie zachęcam ich by zostali artystami, bo wiem jaki to ciężki zawód, a sensowne kariery robi zaledwie garstka. Są jednak wrażliwi artystycznie. Wszyscy byli w szkołach muzycznych, grają na różnych instrumentach. Najstarszy gra na perkusji w swoim zespole. Środkowy na pianinie, a najmłodszy próbuje na saksofonie. Gdy się razem spotykają, każdy chwyta za swój instrument i razem muzykują. Najstarszy chce się dostać na akademię muzyczną w Düsseldorfie, więc wszystko wskazuje na to, że jednak będzie artystą. Środkowy dostał główną rolę męską w szkolnym musicalu. Jest bardzo zadowolony, bo tak jak tatuś zagra czarny charakter. Co ciekawe, wraz z żoną nie wiemy jak śpiewa, bo przy nas się wstydzi. Skoro jednak dostał główną rolę, to chyba coś w tym śpiewaniu jest. Najmłodszy to taka iskierka, próbuje wszystkiego. Raczej będę ich zniechęcał, ale sam też poszedłem do szkoły aktorskiej wbrew woli rodziców. Ojciec był inżynierem, mama ekonomistką, chcieli bym miał konkretny zawód. Szkoła filmowa była kompletnie nie po ich myśli, a śpiewanie traktowali z dużą rezerwą. Nieśmiało przyjmowali moje kolejne etapy kariery. Oczywiście nadszedł też czas, że byli bardzo dumni. Zresztą, w moje ślady poszedł mój młodszy brat Łukasz i świetnie sobie radzi. Staram się nie ingerować w rozwój jego kariery. Nie chodzę do agentów i nie proszę o rolę dla niego, a gdy rozmawiamy to raczej o sprawach merytorycznych.

Co będzie ukoronowaniem Pana kariery?

Do tej pory jako ukoronowanie traktowałem występ w na festiwalu w Salzburgu w ubiegłym roku. Mięliśmy także gościnne występy z Operą Wiedeńską w Tokio i tam okrzyknięto mnie niemalże bohaterem narodowym (śmiech). Oczywiście podchodzę do tego z ogromnym dystansem. Mam nadzieję, że tych ukoronowań będzie jeszcze bardzo wiele. Dwa kolejne lata zapowiadają się niezwykle interesująco.

Po takich dowodach uwielbienia można popaść w samozachwyt, a woda sodowa mocno uderzyć do głowy. Jak Pan sobie z tym radzi?

Woda sodowa jest częścią ludzkiej natury i pojawia się niemal zawsze, gdy człowiek zbyt dobrze się poczuje. W moim wypadku wszelkie zachwyty były szybko weryfikowane przez życie. Poza tym jestem głosem bas-barytonowym, to są zwykle postaci intelektualnie skomplikowane, czarne charaktery. Inaczej jest w przypadku tenorów czy sopranów, bo to są de facto głowni bohaterowie oper, najwięksi kochankowie, protagoniści. Gdy jest się wielbionym niczym Bóg, jak Piotrek Beczała, to i woda może odbić. Anię Netrebko noszą na rękach, jest uwielbiana, ale oboje świetnie sobie z tym radzą i twardo stąpają po ziemi.

Chce mi Pan powiedzieć, ze po występie w Tokio, gdy wzbudził Pan narodową euforię, ani na chwilę nie wpadł Pan w zachwyt nad sobą?

Rzeczywiście człowiek mógłby pomyśleć, że cały świat należy do niego, ale to jest ułuda i trzeba to rozumieć, być na to przygotowanym. To jest tylko rola, z której się wychodzi i znów staje normalnym człowiekiem, ze swoimi sprawami, domem, dziećmi i ogromem pracy. Momenty uwielbienia przez widzów to są tylko krótkie chwile. Czułem raczej ulgę, że udało mi się dobrze wykonać zadanie, że moja praca była z pożytkiem dla całego spektaklu. Czułem się dumny, że byłem tam jako przedstawiciel Opery Wiedeńskiej, a tę traktuję jak moją artystyczną ojczyznę.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy! Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *