Skip to content

Mam potrzebę nasycenia się światem.

Opublikowano w Smaki życia

Dolina Krzemowa uważana jest za nowoczesny raj i wymarzone miejsce na rozwój własnego biznesu. Jak odnaleźć się w rzeczywistości pełnej ekscentrycznych indywidualistów? Jaką rolę w legendzie technologicznej Mekki odegrali Polacy? Opowiedziała nam o tym Magdalena Gacyk, korespondentka Polskiego Radia w Ameryce oraz autorka książki „Ścigając Steve’a Jobsa – Historie Polaków w Dolinie Krzemowej”.

Prowadzisz wyjątkowo aktywny tryb życia…

To troszeczkę bierze się z potrzeby zobaczenia, co jest jeszcze. Posiadam syndrom uciekającego czasu. Mamy tak naprawdę ileś danych lat, miesięcy, godzin. Trzeba je jak najlepiej wykorzystać. 

Lubisz wyzwania?

Jak najbardziej. Dlatego też obrałam taką ścieżkę zawodową. To był świadomy wybór. Bycie dziennikarzem umożliwiło mi poznanie fantastycznych ludzi. Zwiedziłam także niesamowite miejsca.

Zawsze byłaś taką niespokojną duszą?

Przez całe dzieciństwo bardzo chorowałam. Jednak rodzice nie trzymali mnie pod kloszem. Pamiętam nawet, że popijałam leki zimną coca-cola. Kiedy zaczęłam wychodzić z tych chorób musiałam uwierzyć w siebie. Walczyłam z własnymi słabościami. Każde podjęte wyzwanie było osobistym zwycięstwem.

Co jest Ci szczególnie bliskie? W jaki sposób celebrujesz życie?

Mam w swojej biblioteczce 250 książek kucharskich. Ubóstwiam gotowanie. Kulinaria są częścią kultury. Poznawanie odległych miejsc jest niepełne,  jeśli nie sprawdzi się jak tamtejsza ludność podchodzi do jedzenia. Dlatego tak ważne jest, aby mieć otwarte kubki smakowe. Przykładowo w Chinach jadłam macice świńskie gotowane na parze. Powiedziałabym, że mam epikurejskie podejście do życia – smakuje je, sprawiam sobie przyjemności.

Jakiego rodzaju są to przyjemności?

Jestem raczej konsumentką wrażeń, niż konsumentką rzeczy materialnych. Jeżeli mam przeznaczyć na coś pieniądze będą to podróże lub pomoc innym.

Wiele podróżowałaś, ale ostatecznie zapuściłaś korzenie w Ameryce.

Ameryka przewijała się w moim życiu od zawsze. Mój tata był profesorem chirurgii i  uczył się przeszczepiać nerki w Stanach. Wyjechał tam na stypendium, a my z mamą do niego dołączyłyśmy.

Jak odebrałaś Amerykę jako dziecko?

To było coś niesamowitego. Wszystko było inne. W sklepach można było kupić 16 udek zamiast kurczaka w całości. A my zawsze sprzeczaliśmy się w Polsce, jaka część kurczaka powinna przypaść danej osobie. I te różowe płatki śniadaniowe w kształcie kulek. Znalazłam się na innej planecie…

W Polsce istnieje stereotyp leniwego Amerykanina. Natomiast Ty w swojej książce pokazujesz, że są to ludzie, którzy są siłą napędową tego świata.

Amerykanie cenią indywidualizm, przebojowość i inicjatywę w każdym aspekcie życia. Ludzie są różni, ale generalnie etos pracy w Ameryce jest bardzo silny. Słynne „How are you?” oraz „What do you do?” zmierza do tego czym się zawodowo zajmujesz. Praca kształtuje twoją tożsamość. Określa Ciebie jako człowieka. To jest takie podświadome. Oni przez sukces rozumieją głównie dokonania zawodowe.

Jak w takim razie pogodzić pracę z życiem osobistym?

Twoje pytanie jest jak pytanie o istotę kamienia filozoficznego. Nie jest prosto i nie ma jednej recepty. Amerykanie próbują to rozwiązać na różne sposoby. W Dolnie Krzemowej pracownicy przed pracą wychodzą na sesję surfingową. Spotykają się na deskach czekając na falę i w międzyczasie omawiają sprawy biznesowe. To taki chwilowy reset.

W Polsce często wpadamy w taki ciąg – praca, dom, praca dom… Nie mamy wolnego czasu. Jak w takim razie Amerykanie mogą pracować więcej? Mają nadludzkie możliwości?

To nie chodzi o to, żeby człowiek pracował 12-14 godzin. Chodzi o to, żeby pracownik był wydajny. Trzeba mieć bardziej elastyczne podejście do pracy. W Dolinie Krzemowej nikt praktycznie nie zwraca uwagi na to, o której pracownik przychodzi do pracy i o której z niej wychodzi. Praca ma być natomiast wykonana dobrze. Przykładowo programiści z Indii w porównaniu do Europejczyków przychodzą później i później z pracy wychodzą. To jest ta różnica kulturowa.

Domyślam się, że inaczej wyglądają także relacje pracownika z szefem.

Rzeczywiście Ameryka nie tworzy dystansu hierarchicznego. Nie ma dramatycznych różnic między szczeblami w firmie. W Polsce mówi się o przełożonym, natomiast tam jest leader. Jego zadaniem jest pomoc pracownikom – inspiruje ich, inicjuje pewne działania. On im ułatwia pracę, nie dyryguje nimi. Ciekawe jest, że szef szefów nie ma na ogół odosobnionego gabinetu. Zazwyczaj ma biurko razem z innymi pracownikami. W ten sposób miesza się z tłumem. Polacy jeszcze do tego nie dojrzeli. Mają taką statusową potrzebę pokazania się.

Czy Polacy odnajdują się zatem w Dolinie Krzemowej ze swoimi korzeniami postkomunistycznymi?

Poprzednim emigrantom było trudno ze względu na naszą mentalność. Wstydziliśmy się zareklamować, mówić o sobie dobre rzeczy. To się nie sprawdziło w Ameryce. Do tego doszły bariery kulturowe i językowe. Obecnie młodzi czują się w Dolinie Krzemowej jak ryby w wodzie. Co więcej Polacy są cenieni tam jako specjaliści.

Mamy markę?

Tak. Polacy są zaradni, myślą niesztampowo. Potrafią działać nawet jeśli nie mają środków i narzędzi. Amerykanie określają to jako „thinking outside the box”.  Do tego jesteśmy niepokorni. Schodzimy ze szlaków i dostrzegamy drogę na skróty. Ta nasza postkomunistyczna mentalność to taki miecz obusieczny. Czasami jest to przekleństwo, a czasami błogosławieństwo.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy! Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *