Skip to content

„Ideałów nie poprawiam” – rozmowa z dr Markiem Szczytem

Opublikowano w Strefa piękna

Jeden z najlepszych chirurgów plastycznych w Polsce. Tajniki swojego zawodu pokazał całej w programie „Sekrety Chirurgii”. Swoim profesjonalizmem, ciepłem i subtelnością podbił serca pacjentów do tego stopnia, że dziś na wizytę trzeba czekać kilka miesięcy, a jedna z największych klinik w Polsce okazała się być już za mała. O tym jak radzi sobie z sukcesem, komu odmawia i czy właściwie jest artystą, rozmawiamy z dr. Markiem Szczytem.

Wyobrażał Pan sobie kiedykolwiek, że można odnieść aż taki sukces jako lekarz?
Mój sukces postrzegam ostrożnie. Wielu moich kolegów odnosi większe sukcesy, ale w mediach się o tym nie mówi. Ja tyko miałem to szczęście, że mogłem o tym opowiedzieć, pokazać w serialu na czym polega moja praca. Moje życie to raczej pasmo drobnych sukcesów. Nigdy nawet nie marzyłem o tym, by być wielkim specjalistą, a udało się. Powstała klinika, która była moim marzeniem. Teraz wydaje mi się, że to nic aż tak wielkiego, ale jestem z niej dumny. Spełniam swoje marzenia, nie myślę jednak o nich w kategoriach wielkich sukcesów.

To czym właściwie dla Pana jest sukces?
Chciałbym leczyć w sposób doskonały, bez powikłań. Chciałbym móc uleczyć wszystkich, którzy się do mnie zgłoszą, uszczęśliwić ich poprzez przywrócenie im zdrowia. Właśnie to jest największy sukces dla lekarza, zarówno dla chirurga plastyka jak i dla lekarza podstawowej opieki zdrowotnej.

Męczy Pana popularność?
Już się trochę przyzwyczaiłem. Na początku byłem tym zafascynowany. Schlebiało mi, że ludzie się uśmiechają, robią ze mną zdjęcia. Teraz to nieco trudniejsze bo przestałem być anonimowy, muszę szczególną uwagę zwracać na to jak wyglądam, jak się zachowuję. Nawet na wakacjach w Chorwacji nie mogłem poczuć się jak przeciętny turysta, bo wciąż ktoś do mnie podchodził.

A gdy już ktoś podejdzie, to pada pytanie „Panie Doktorze, co by mi Pan poprawił”?
Zdarza się, ale szczęśliwie dość rzadko. Wtedy najczęściej mówię, że ideałów nie poprawiam.

Operuje Pan już długie lata, wspominał Pan, że często to nawet po 7 operacji dziennie Czy nie ma Pan czasem dość tych kolejnych piersi, nosów i tkanki tłuszczowej?
Nie mam dosyć operowania. Ono mnie nie męczy, raczej to, że muszę stać przy stole, co jest fizycznie wyczerpujące, bolą plecy. To męczące również emocjonalnie, jestem w nieustannym napięciu. Zdarza się często, że wypatruję weekendu, urlopu. Przesytu jednak nie mam. Kocham operować, aczkolwiek gdy poprawiam czwarty nos pod rząd, to wolałbym jednak coś innego. Lubię różnorodne operacje.

Panie Doktorze, mam wrażenie, że aby dobrze poprawić komuś urodę trzeba też widzieć piękno, rozumieć estetykę, proporcje. Przecież od Pana ostatecznie zależy kształt nosa, piersi. Czy chirurg plastyk jest trochę rzeźbiarzem, artystą?
Zdolności artystyczne mogą pomóc, natomiast wydaje mi się, że najważniejsze są rzemieślnicze umiejętności. Ważne by dobrze wyuczyć się zawodu i potem dobrze go wykonywać, poznać najnowocześniejsze techniki, które pozwolą zrobić zabieg jak najlepiej. Mój artystyczny zmysł pomaga mi naprowadzić pacjenta na właściwy tok myślenia i zgrać się z jego oczekiwaniami. Czuje się artystą wtedy, gdy widzę ładną kobietę i nie potrafię ocenić jaką operację jej zrobiłem. Wtedy myślę „wow, jednak coś z artysty we mnie jest”.

W takim razie oznacza to, że jest Pan doskonały, skoro nie potrafi Pan rozpoznać swojego dzieła.
Czasem na pierwszy rzut oka nie potrafię powiedzieć co było zoperowane. Tak powinno być i cieszy mnie, że tak właśnie jest. Oczywiście przy bliższym przyjrzeniu się, jestem w stanie to dostrzec, bo przecież my, chirurdzy pozostawiamy ślady, ale ważne by na pierwszy rzut oka nie były widoczne. Jakiś czas temu spotkałem pacjentkę w sklepie. Przywitała się, zaczęliśmy rozmawiać, nie miałem pojęcia co jej robiłem. Przyznałem, że nie bardzo kojarzę. Ona tymczasem wskazuje na swój nosek i mówi, że to moje dzieło. W takich sytuacjach czuję się szczęśliwy.

Jakie znaczenie ma Pana osobisty gust?
Ma pewne znaczenie, ponieważ nie można się rzucić na wszystko co sobie wymyśli pacjentka. Jeśli przyjdzie kobieta z ładnym biustem i potrafię to ocenić, to mogę ją przekonać, że nic nie trzeba robić. Jeśli przyjdzie z takim, który wymaga poprawki to mogę odpowiednio to zaplanować i potem właściwie ocenić efekt. Pacjentki czasem chcą większe piersi niż mieć powinny. Gdy widzę, ze stoi przede mną atrakcyjna, zgrabna kobieta to nie mogę jej zrobić piersi, które zaburzą proporcje.

A propos pięknych kobiet. Gdy im Pan tłumaczy, że nie ma potrzeby ingerencji chirurgicznej, bo przecież jest pięknie to argument trafia, słuchają?
Jeżeli już zdarzają się osoby, które chcą zmienić swój wygląd zupełnie „od czapy”, to trudno je odwieść od tego pomysłu. Rzadko się zdarza, by pacjentka szukała we mnie potwierdzenia, że operacja nie jest potrzebna. Zwykle raczej mnie przekonują do słuszności swojej decyzji. Wyjaśniam wtedy, że nie jestem w stanie zrobić operacji tak, by kobieta wyglądała lepiej niż obecnie. Odmawiam. Paradoks polega na tym, że gdy pacjent słyszy od chirurga ogólnego, że operacja nie jest potrzebna to wychodzi szczęśliwy. Gdy słyszy to samo od chirurga plastyka, to wychodzi nieszczęśliwy.

Czy w niektórych przypadkach można mówić o uzależnieniu od operacji plastycznych?
Szczęśliwie rzadko. Zdarzają się takie osoby, które przeszły już kilka czy kilkanaście operacji i wciąż chcą coś poprawiać. Odmówienie takiemu pacjentowi jest konieczne, ale skutkuje obrażeniem, irytacją, oburzeniem. Wie Pani, ja leczę, a więc jeśli ktoś nie jest chory to nie ma potrzeby go leczyć. Nie mogę szukać u pacjentów wad na siłę i zgadzać się na ich fanaberie. Są osoby, którym muszę stanowczo powiedzieć „nie”, choć wiem, że nie jestem ostatnim lekarzem, do którego się udały.

Poprawianie urody jest bardzo popularne, stało się czymś zupełnie normalnym. Doskonałą urodę promuje kultura masowa i takiej też oczekuje społeczeństwo. Czy nie ma Pan wrażenia, że w ostatnich latach ludzie zbyt łatwo podejmują decyzję o tak poważnym kroku jak operacja plastyczna?
Niestety mam takie wrażenie. Ludzie traktują chirurgię plastyczną jak zabiegi z zakresu kosmetologii czy medycyny estetycznej. To jest błąd i trzeba to ludziom wytłumaczyć. Mimo, że sformułowanie „chirurgia plastyczna” brzmi łagodnie, to jest jednak chirurgia, w której używa się noża, haków, nożyczek, a więc narzędzi, którymi można również zrobić krzywdę. To są operacje, które niosą za sobą ryzyko powikłań. Nie zawsze kończy się tak, jak oczekuje tego pacjent. Większość sądzi, że operacja jest banalna, ale gdy przy powiększaniu biustu dojdzie to zatoru żylnego, to pacjentka może umrzeć. Idąc do chirurga nikt o tym nie myśli. Oczywiście uświadamiamy pacjentów, omawiamy powikłania, ale niewielu bierze to do siebie. Wolę takich, którzy pytają, są dociekliwi. Z człowiekiem świadomym znacznie łatwiej się współpracuje, on też zupełnie inaczej znosi niedogodności pooperacyjne.

Marzył Pan o byciu lekarzem, o prestiżu, o własnej klinice. Marzenia zrealizowane. Są jeszcze jakieś kolejne „szczyty” na liście dr Szczyta?
Marzę by operować jak najdoskonalej, żeby wszyscy pacjenci byli zadowoleni. Marzę by moje córki, które studiują, poukładały sobie życie. Niestety żadna nie będzie lekarzem. Myślę o swoim zdrowiu, by mi dopisywało, abym wciąż był sprawny, młody, przystojny tak, jak do tej pory. Żart (śmiech). No i jeszcze powiększenie kliniki. Mimo, że mamy jedną z największych w Polsce to jednak potrzeby są większe. Przydałoby się więcej przestrzeni. Pewnie będę do tego dążył.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy! Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *