Skip to content

Blondynka w Hiszpanii – samotna podróż stopem

Opublikowano w Podróże

 Pierwsza miała być Brazylia, ale nie wyszło. Nie wypalił też plan mieszkania we Lwowie, bo na horyzoncie pojawił się autostop od Ukrainy przez Czarnogórę aż na północy Hiszpanii skończywszy. Pół roku jeździłam z chłopakiem. Jego rzuciłam, ale z podróżami zerwać nie mogłam. Jednak stare relacje nie dają o sobie zapomnieć, a dwa miesiące stopem nie należały do różowych.Fatalny start.
 Mój ex mieszka w Oviedo. To około 900 kilometrów od Alicante, północ Hiszpanii. Kiedy wysiadłam z samolotu poszłam szukać autobusu i w okolicy kawiarni przywitało mnie, pełne udawanego zaskoczenia, „Mina, co Ty tutaj robisz?”. Oczywiście, że był to przypadek! Przecież wcale nie wrzuciłam na fanpage zdjęcia swojego biletu z dokładną datą i miejscem przylotu. To normalne, że ludzie odwiedzają lotniska w sobotnie popołudnia. To normalne, że przyjeżdżają tam by spędzać czas w kawiarniach z widokiem na postój taksówek i przystanek autobusowy. Kto jeździ na plażę zażywać kąpieli słonecznych? No chyba miejscowi, bo turyści w międzyczasie chodzą po lotniskach szukać swoich byłych dziewczyn. Ten sam „przypadek”, który przeciął nasze drogi na lotnisku, pozwalał nam spotykać się w centrum Alicante jeszcze 6 razy w ciągu tygodnia, który tam spędziłam. Udało mi się go zgubić dopiero tydzień później, kiedy ukrywając się u znajomych, mieszkających w Granadzie, wciąż wrzucałam na fanpage zdjęcia z Alicante. Mój ex poleciał wówczas do Gdańska, by szukać mnie dalej, a ja nieoczekiwanie odnalazłam się w Granadzie. Co za smutna niespodzianka! W każdym razie od tego czasu miałam go z głowy. Na początku się bałam, ale żaden pierwszy lepszy Hiszpan nie mógł pokrzyżować moich planów.
Noclegi za darmo?
Nie ma nic za darmo.
Po tej szalonej historii, zaczęłam kontynuować mój plan. Noclegi nie kosztowały mnie nic, szukałam ich za pomocą couchsurfing.com. Problem całej idei polega na tym, że oparta jest na wymianie niematerialnej, a jak wiadomo, nie ma nic za darmo. Dzielimy się towarzystwem, czasem, kulturą i niestety niektórzy uważają, że powinniśmy dzielić się też łóżkiem. Poza tym większość ludzi z couchsurfingu nie szanuje cudzego czasu. Tak bardzo doceniają swoją roztapiającą serca dobroć, że zupełnie zapominają, że ludzie potrzebują prywatności. Bycie czyimś gościem oznacza zwykle spędzanie prawie 24 godzin razem, nawet jeżeli dla obu stron jest to męczące. Tak to właśnie jest, gdy spotyka się dwoje obcych ludzi i oboje próbują zostać najlepszymi przyjaciółmi w godzinę, a najlepiej kilka minut.
Podobnie jest z autostopem. Podróżując po Hiszpanii spotkałam wspaniałych ludzi. Jedni, kiedy dowiadywali się, że jestem z Polski, zapraszali mnie na tradycyjne obiadki, żebym miała okazję poznać kawałek ich kultury. Jeszcze inni nadrabiali po 20 kilometrów, żeby wysadzić mnie w miejscu, gdzie łatwiej łapać stopa. Zdarzali się nieodpowiedzialni, wspaniali, zboczeni – ludzie każdego rodzaju. Czasami jest jednak bardzo niebezpiecznie.
Trzymajcie rączki przy sobie!
 W drodze z Fuengiroli do Granady, na ostatnim odcinku, wylądowałam w samochodzie z kolesiem, który nie tylko zaczął mnie obmacywać, ale zaproponował mi podwózkę do samej Granady w zamian za seks. W takich sytuacjach po prostu trzeba mieć jaja, krzyczeć i umieć zdecydowanie zatrzasnąć za sobą drzwi samochodu. Tak właśnie zrobiłam. Po kilku przekleństwach kazałam mu zatrzymać samochód. Ze strachu przed wkurzoną, mała Polką zjechał momentalnie na pobocze i pozwolił mi wyjść. Do dziś nie wiem kto był w  większym niebezpieczeństwie, ja czy on? Zwykle narzekam na Hiszpanów i Arabów, od niedawna też na Portugalczyków, ale Malaga to dla mnie także kawałek polskiej historii, w której pijani i spaleni polscy kierowcy podwieźli mnie najpierw na lotnisko, a potem do swojego mieszkania. W tle leciało „Jesteś szalona” i bardzo szybko zorientowałam się, że ta piosenka to dedykacja specjalnie dla mnie. Tak, trzeba być absolutnie szalonym, żeby wsiąść do samochodu z polskimi turystami. Z lotniska mieliśmy skoczyć na chwilę do mieszkania, a potem na jakąkolwiek stację benzynową na drodze do Granady. W międzyczasie zahaczyliśmy o parę outletów Giorgio Armani, żeby było stylowo, ale wciąż na polski budżet szyte, a przed samym domem, złapaliśmy gumę. Tak… gdy jest się pijanym wszystkie krawężniki wydają się być niższe, mimo że wcale tak nie jest. Kiedy weszłam do środka, by podładować telefon, spotkałam marokańską prostytutkę i to był moment, w którym stwierdziłam, że wychodzę.
Policja mnie przeprowadzi
 Nie tylko turyści są szaleni. Kolejna była starsza para, która wysadziła mnie na środku autostrady twierdząc, że to najlepsze miejsce by zatrzymać samochód. Niestety wcale tak nie było. Pozwoliłam trąbić na siebie tylko przez 5 minut bezskutecznie próbując coś zatrzymać. Przeskoczyłam przez barierki. Przedzierając się przez krzaki na poboczu, w końcu zatrzymała mnie policja. W takich sytuacjach trzeba umieć udawać głupa. Ze łzami w oczach wyjąkałam, że „no hablo bien español” , jacyś beznadziejni ludzie wysadzili mnie na środku autostrady, a ja tu tylko szukam przystanku autobusowego. Panowie nie tylko uwierzyli, ale stanęli na wysokości zadania, zatrzymali ruch na autostradzie i przeprowadzili mnie przez ulicę. W nagrodę za łatwowierność nawet ich przytuliłam. To był mój przedostatni autostop, bo po ostatnim odcinku Granada – Madryt stwierdziłam, że fajnie jest żyć i chyba sobie odpuszczę.
Jak wylecieć z mieszkania? Wystarczy powiedzieć „nie”
 Sewilla – z tym miejscem nie łączą mnie dobre wspomnienia. Wylądowałam tam, łapiąc stopa z Granady do Kordoby. Jechałam z lokalną reprezentacją piłki wodnej. Ja byłam żądna spontanicznych podróży, a oni polskich blondynek. Po drodze wpadliśmy na tapas i farmę jednego z ich przyjaciół. Czterech facetów, ja i nieco dobijający smród andaluzyjskich świń. W międzyczasie jeden z chłopaków zaproponował mi nocleg. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, postanowiłam pozwiedzać miasto przez godzinkę, ale pozostać w kontakcie telefonicznym. Sugestywne wiadomości zaczęły przychodzić szybciej niż mogłam się tego spodziewać, a po krótkiej odpowiedzi „nie mam zamiaru iść z Tobą do łóżka” zapadła martwa cisza. Było koło dziewiątej wieczorem, gdy ktoś tu mnie zwyczajnie wystawił, a ja zostałam zupełnie sama w nowym mieście i to na dodatek bez noclegu. To był moment, w którym pierwszy raz poczułam większy niż zazwyczaj stres i (delikatnie mówiąc) złość, jednak około dwóch godzin później znalazłam nocleg. Niestety wpadłam z hiszpańskiego deszczu pod arabską rynnę. Kiedy przekroczyłam próg mieszkania, otrzymałam informację, że mamy tu tylko jeden materac, więc musimy spać razem. Było już po dwunastej, więc koszmarnie zmęczona zwinęłam się na zimnej podłodze w płaszczu i jeansach. Dlaczego nie dostałam nawet koca do spania? Otóż dlatego, że… (werble) „koc był za drogi, żeby leżeć w nim na podłodze”. Wstałam około szóstej, spałam mniej więcej godzinę i zostałam wywalona z mieszkania, bo całą noc „byłam nieznośna” i przeszkadzałam mojemu hostowi spać. Możliwe, że miał rację. Powinnam przeprosić, że z zimna trzęsłam się wyjątkowo głośno.
 Po drodze nawinął mi się jeszcze masażysta tantry, który zwyczajnie próbował dobrać mi się do majtek, oferując masaż i biżuterię. Pamiętam kiedy wieczorem, w dniu mojego przyjazdu, jedliśmy kolację i ten libański popapraniec zapytał, czy dla niego zatańczę. W takiej sytuacji nie za bardzo wiadomo, co powiedzieć, ale jak zawsze starałam się być uprzejma. Zamknęłam otwartą ze zszokowania buzię, z której już prawie wypadał mi ryż i powiedziałam „chyba sobie żartujesz”. Kolejny dzień rozpoczęłam od pakowania plecaka.Pierwszego dnia w Lizbonie, kiedy próbowałam kupić bułkę w sklepie, ulicami tramwajowego miasta śledził mnie jakiś Arab. Dwa dni później rano zostałam wyrzucona z mieszkania, bo na wieczorne próby przytulania przez mojego hosta odpowiedziałam krótkim „idę spać, bo jestem zmęczona”. Nie wiem o co mu chodziło. Po kilku nieprzyjemnych sytuacjach i dziwnych wiadomościach napisałam wyraźnie na profilu, że nie idę z nikim do łóżka i tyle. Nie wiem, jak wygląda poziom szkolnictwa w Portugalii, ale wieczorem zauważyłam, że umiał przeczytać instrukcję przygotowania na opakowaniu paluszków rybnych. Dlaczego nie zrozumiał tego co napisałam o kwestiach łóżkowych na moim profilu? Nie wiem, nie rozumiem.
Muszę taka być i taka się staję
 Ulicznych sytuacji było więcej, było niebezpiecznie, było niemiło. Samotność w podróży dała mi jednak wiele absolutnie niesamowitych i wzbogacających doświadczeń, które sprawiają, że zupełnie nie żałuję. Po pierwsze podróżując samotnie, wcale nie jest się samotnym. Pragniemy towarzystwa bardziej i o wiele łatwiej je znaleźć, bo ludzie nie boją się zagadywać chociażby na ulicy. Nowo poznani ludzie oceniają nas bez punktu odniesienia w postaci drugiej osoby. Funkcjonuję jako samodzielna jednostka, cała uwaga skupia się na mnie. Nikt za mnie nie pomyśli, nikt za mnie nie zrobi – jeżdżę bez cienia wyręczania się innymi, to ja podejmuję decyzje. Idę gdzie chcę, robię co chcę, wychodząc na miasto wybieram, co chcę zobaczyć, co i gdzie zjeść. Brzmi prosto, ale to właśnie klucz do zadowolenia. Brak świętej swobody psuje zazwyczaj wypady ze znajomymi, gdy każdy chce robić coś innego, ale wszyscy chcą być razem. Kierunek podróży nie jest uzależniony od nikogo. Muszę być pewna siebie, otwarta, pozytywna, wygadana i pełna energii, żeby dobrze funkcjonować  w tej szalonej, podróżniczej rzeczywistości. I fakt, że muszę taka być sprawia, że taka się staję.
Michalina Tańska – podróżniczka, autorka bloga www.tanskapisze.xyz
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy! Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *