Skip to content

Artyzm. Przyjemność i powołanie

Opublikowano w Kultura

Artur Sychowski to jeden z najbardziej utalentowanych muzyków młodej generacji. Świadczą o tym jego nagrody w najbardziej prestiżowych konkursach kompozytorskich i pianistycznych na całym świecie. Wyróżnia go również oryginalne podejście do tworzenia.


Monika Stawińska: Czy bycie kompozytorem i pianistą w dzisiejszych czasach jest doceniane?
Artur Sychowski: Bycie artystą to dla mnie przyjemność i powołanie. W dzisiejszych czasach bycie twórcą niestety jest bardzo trudne. Zdobywanie popularności przez coraz więcej osób często nie koresponduje z ich umiejętnościami i przekazem.

W Polsce nie docenia się umiejętności, a w muzycznym świecie panuje pewnego rodzaju hierarchia i stopniowanie. Na studiach nie pozwalano mi tytułować się kompozytorem, mimo że w tamtym okresie odniosłem istotne sukcesy. Słyszałem różne określenia na swój temat – „dzidziuś” czy „smarkacz”. Nie sprzyjało to bynajmniej rozwinięciu skrzydeł.

To bardzo pejoratywne określenia. Z czego wynika to podcinanie młodym twórcom skrzydeł przez starsze pokolenia?
Myślę, że hierarchizacja relacji mistrz-uczeń spowodowana jest to wieloma latami historycznego cierpienia, które jest zakorzenione w polskiej kulturze.

Fot. M. Świrkowicz

Z czym identyfikuje pan sztukę czy również z kulturowym cierpieniem?
Sztuka tworzenia jest przyjemnym uwolnieniem – to jak puszczenie wolno myśli w odchłań. Nie sprawia mi to bólu ani cierpienia, tworzenie dla mnie jest jak oddychanie, jest przyjemne i potrzebne i nie potrafię bez tego żyć. Uspokajając myśli i oddając się pasji twórczej, wizualizuję swój performance i jako improwizator emocji, układam to w odpowiednie koncepty.

To bardzo abstrakcyjne.
To prawda, na tym polu wyróżnia mnie własny styl i wiem, że  to domena największych artystów. Niestety często nie jest to spotykane z aprobatą opinii publicznej, ponieważ wprowadzając coś osobistego do odgórnie ustalonych zasad, których wszyscy przestrzegają, indywidualista zostaje postrzegany jakby głosił herezje. Już nawet improwizacja, którą uwielbiam, która teoretycznie powinna być pozbawiona jakichkolwiek zasad i tak już je posiada.

Fot. E.Rembała

Co lubi pan najbardziej w swojej pracy albo inaczej – pasji?
Muzyka jest dla mnie medytacją i powołaniem. Po wielu występach mogę śmiało stwierdzić, że wywołałem u niektórych widzów takie emocje, które wpłynęły na pewno na ich życie. To jest to, co przynosi mi najwięcej radości. Spontaniczne pozytywne reakcje, łzy szczęścia. Daję ludziom emocje, które ulatniają się w pędzie codzienności.

Emocje niestety zostają zatuszowane przez codzienny wyścig szczurów, w którym często nie liczy się być, a mieć. Skoro już jesteśmy przy tym, to co najbardziej zaskakuje pana w współpracy z innymi muzykami? Czy oni też toczą wyścig?
Wielu muzyków nie czuje tego, co robią. Są restrykcyjni wobec zasad nabytych przez lata edukacji. To nie pozwala im się uwolnić i odkryć swojej wewnętrznej indywidualności. Ja od zawsze wyrzucałem nakazane mi interpretacje przez nauczycieli. Dzięki mojemu wybitnemu pedagogowi prof. Waldemarowi Wojtalowi, kierownikowi wydziału pianistycznego w Akademii Muzycznej w Gdańsku, u którego miałem zaszczyt się uczyć, będąc na pewnym etapie jego jedynym uczniem szkoły muzycznej, zrozumiałem, że mogę zrealizować swoje pasje i marzenia twórcze, używając narzędzi i warsztatu stworzonego dla muzyków klasycznych i używać tego w swojej twórczości.

Fot. Mona Blank

W naszej rodzimej kulturze normą jest skromność i historyczny program narodowego cierpienia. Bycie skromnym jest normą społeczną, a niestety to blokuje innych na wyzwolenie i odkrycie swojej indywidualności. Tylko wybitne jednostki są charyzmatyczne, są dobre w tym co robią. Ludzie lubią takich liderów, niezależnie jaka jest to dziedzina. Uważam, że w życiu trzeba być zdecydowanym i wiedzieć czego się chce, wyznaczyć to za cel i po prostu pracować by to się spełniło. A wielu muzyków, z którymi pracowałem ma zupełnie inne pojęcie na ten temat.  Nie traktują sztuki muzycznej jak świętość, tylko  jak tandetny talent show, gdzie chodzi o to żeby się pokazać przed szerszym gronem publiczności i osiągnąć sukces. To mnie nawet nie zaskakuje, ale szczerze irytuje. W większości ci ludzie boją się utraty swoich własnych wypracowanych pozycji i zamiast działać wspólnie i dążyć do obopólnych dobrych celów i pomocy, egoistycznie chcą zagrabić wszystko dla siebie, uwydatniając w ten sposób tylko swoje kompleksy. W dzisiejszych czasach szum komunikacyjny i społeczna presja do bycia jeszcze lepszym we wszystkich aspektach jest tak duża, że można się ze sobą pogubić.

To bardzo krytyczne słowa. Nie dziwię się, że był pan traktowany jako młody gniewny jeszcze za czasów szkoły. Jaki projekt planuje Pan zrealizować w 2018 roku?
Często jest tak, że realizujemy nie swoje, a czyjeś marzenia. Zdecydowałem powrócić w swoich marzeniach do dzieciństwa, wtedy były one najczystsze.

Idąc tą drogą przy wsparciu specjalistów z branży muzycznej w Stanach Zjednoczonych stworzyłem specjalnie zaprojektowane koncerty i performance. Ostatnia premiera w jednym z gdańskich klubów to był pierwszy koncert relaksacyjny z widownią na leżakach. To wydarzenie zdeterminowało mnie do stworzenia zupełnie nowej formy mojego spektaklu muzycznego Heart Impression, którego premiera zabrzmi w Dubaju. Tworzę w tym momencie zupełnie nowy, piąty autorski koncert muzyczny, który zabrzmi w kolejnym sezonie artystycznym w USA.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy! Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *